Żonie i Mamie
Rodzinom Maszynistów
.
.
.
.
Ktoś kto kocha kolej, nigdy nie przejdzie obojętnie obok stojącego przy składzie, pozornie uśpionego elektrowozu. Wyciszonym na zewnątrz szumem wirujących przetwornic - które nieustanną pracą dają przyjemny chłód silnikom trakcyjnym - oznajmia otoczeniu, że w każdej chwili gotów jest drgnąć i jak koń spięty ostrogami z coraz większym impetem pociągnąć za sobą w dal sznur wagonów.
Ostatnimi laty coraz liczniej pojawiające się monograficzne publikacje, starają się coraz dokładniej ukazywać historię i dzień dzisiejszy żelaznych szlaków, stacji i węzłów kolejowych, serii taboru a nawet dokładnych życiorysów poszczególnych jej egzemplarzy. Jednakże we wszystkich opracowaniach ich autorzy zdają się zapominać o rzeczy najważniejszej: że pośród tej plątaniny torów, rozwieszonej trakcji, feerii świateł, przemykających pociągów od lat zawsze najważniejszy był, jest i będzie CZŁOWIEK. Człowiek, który przez dziesięciolecia kształtowały wizerunek stacji, parowozowni, szlaków jaki dziś dane jest nam obserwować.

Pomysł “Maszynisty” zrodził się w moich myślach w dniu 31 maja 1996 roku. W tym dniu mój Ojciec Włodzimierz Dołubizno po raz ostatni zasiadł za nastawnikiem elektrowozu.
Z chwilą wykonania przez Ojca ostatniego hamowania z pociągiem, poczułem ogromną radość ale jednocześnie i ulgę, że 40-letnia kariera zawodowa “na kołach” zakończyła się szczęśliwie. Grupę zawodową jaką są maszyniści, charakteryzuje spośród wszystkich kolejowych stanowisk bodaj największe ryzyko podczas wykonywania czynności służbowych. Mimo, iż kolej uważana jest za jeden z najbezpieczniejszych środków transportu, jednak wypadki (od których żaden rodzaj komunikacji zbiorowej uchronić się nie może) przeważnie są bardzo poważne w skutkach. Nieustannie zbierają one wśród drużyn trakcyjnych tragiczne żniwo. Może dlatego, że zawsze dużym piętnem odbijały się na mnie wiadomości o takich wydarzeniach, postanowiłem z niekłamaną radością oznajmić światu, iż mój Ojciec przeprowadził szczęśliwie wszystkie swoje pociągi. Oznajmić niejako w hołdzie dla tej garstki maszynistów i ich pomocników, którym przez okrutny los nie dane było dotrzeć do celu podróży. Ich służby zakończyły się w lesie, na łuku, wśród bezdroży, gdzieś między stacjami...
Ojciec odszedł na emeryturę z Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny jako ostatni maszynista posiadający prawo kierowania wszystkich rodzajów trakcji: parowej, spalinowej i elektrycznej. Po nim już nikt nie może poszczycić się takim osiągnięciem.
Niejednokrotnie u nas w domu czy na przyjęciu zorganizowanym po zakończeniu ostatniej jazdy byłem świadkiem barwnych wspomnień ze szlaku. Uważałem za konieczne uchronić je od zatarcia, zapomnienia, pozostawić ten kawałek historii dla następnych pokoleń. Cieszę się, że w przyszłości moi synowie będą mogli poczytać o Dziadku, który kiedyś był maszynistą.
Ojciec z początku wzbraniał się od rozpoczęcia pisania wspomnień, powątpiewając w możliwości odgrzebania z pamięci tego, co mogłoby okazać się ciekawe. Wysłałem do Niego list z szeregiem pytań, potem następne. Z radością po jakimś czasie wyjąłem z pocztowej skrzynki pierwszą partię materiału i po kilkukrotnym przeczytaniu z zapartym tchem sporej ilości zapisanych kartek stwierdziłem, że: “To jest to”!
Układając spisane przez Ojca wydarzenia w całość, niejednokrotnie zastanawiałem się do kogo zaadresować naszą pracę. Na pewno nie przede wszystkim do maszynistów, bo trudno jest adresować do kogoś opowieść o nim samym. Znając tę grupę zawodową nie mogę się oprzeć różnym wrażeniom jakie odbieram. Spotykałem wypowiadane przez maszynistów opinie, że: “...w zasadzie o naszym zawodzie niewiele można napisać...”. Ale zdarzali się i tacy, którzy twierdzili o: “...istnieniu na kolei takiego fenomenu, jakim jest prowadzący pociąg maszynista...”. Dla niektórych więc “Maszynista” może być tylko codzienną prozą życia...
Choć tytuł sugeruje co innego, nie jest to książka tylko o jednym człowieku. Staraliśmy się w miarę szeroko ukazać środowisko wrocławskich maszynistów: ludzi, tradycje, upodobania, stosunki i zmiany, które zaszły na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Być może niektórym wątkom można zarzucić nutę subiektywizmu, niewątpliwie jednak nawet takie spojrzenie może być cennym uzupełnieniem historii zakładu pracy.
Z początku myślałem także, że błędem byłoby adresowanie tej książki dla ludzi, którzy nigdy w kabinie maszynisty nie byli, nie czuli atmosfery pędu i umykających - pod dolną krawędzią czołowego okna - torów, a kolej znają wyłącznie ze sporadycznych wyjazdów do rodziny i na wczasy. Traktujących jazdę pociągiem jako konieczność, nie zaś przyjemność. Po namyśle jednak stwierdziłem, że tacy właśnie “niedzielni” podróżni mogliby się okazać właściwym odbiorcą. Bo tak naprawdę wiedzą oni po podróży tylko tyle, że maszynista prowadził pociąg... i już.
Wiem za to na pewno, że poczucia straconego czasu po zakończeniu lektury nie będą mieli sympatycy kolei i podobni do mnie pasjonaci zawodu maszynisty.
Gdy w styczniu 1997 roku rozpocząłem wstępne prace nad szkicem “Maszynisty”, czytając pierwszą garść wspomnień Ojca z początkowego okresu kariery zawodowej, oraz przypatrując się zmianom na kolei nie mogłem oprzeć się smutnym refleksjom, że wraz z odejściem Taty na emeryturę nastąpił zmierzch wielkiej tradycji. Zawód maszynisty w moich oczach stracił to “coś”, co pociągało mnie w nim od lat. Większość maszynistów odeszła ze swych planowych lokomotyw; zakłady taboru rozpoczęły stosowanie “jazd amerykańskich” na krótszych niż dotąd odcinkach. Któż więc z jeżdżących dziś maszynistów - gdy za parę lat być może zechce zrealizować podobny do mojego pomysł - będzie mógł z satysfakcją stwierdzić:
- “...dbaliśmy o naszą lokomotywę, jak o swoją własność”,
- “...na mojej planowej maszynie pokonywałem najdalszą trasę” , czy
- “...mój pojazd służył mi bez przerwy kilkanaście lat”?
Tradycje i upodobania maszynistów, wyniesione w większości z trakcji parowej gdzie: “...mój parowóz świadczył o mnie”, zaczęły powoli zanikać wraz z regresem trakcji parowej, odejściem na zasłużony odpoczynek maszynistów przedwojennych i zastępowaniem ich przez młodą kadrę. Jeszcze gdzieniegdzie w małych szopach, mocne tradycje trwają a tamtejsze lokomotywy jakby na przekór amerykańskim jazdom dają przykład dbałości drużyn trakcyjnych o tabor.
Wyrażam osobistą nadzieję, że to co obserwuję obecnie jest tylko okresem przejściowym, że kiedyś maszynista odzyska z powrotem to “coś” fascynujące mnie od najmłodszych lat. I oby nastąpiło to jak najszybciej, gdyż aby zburzyć potrzeba chwili; na odbudowę lata...
Zapraszam więc, do budki parowozu oraz kabin lokomotyw spalinowych i elektrycznych, we wspomnieniową podróż przez lata, z moim Ojcem Włodzimierzem Dołubizno
Dariusz R. Dołubizno
Suwałki, kwiecień 1997
|